wtorek, 31 maja 2011

Lassi z mango

Na upały. Żółty. Energetyzujący. Urzekający. Jedwabisty.
Podaję za moim guru Jamie Olivierem. 
 
Na 4 literatki:
pół szklanki zimnego mleka 3,2%
250 ml jogurtu naturalnego
puszka owoców mango w syropie (np. Tao-tao)
2-3 łyżki cukru do smaku

Wszystkie składniki wlać do wysokiego dzbanka - zmiksować. Rozlać do 4 literatek, podawać niezwłocznie.

Na marginesie - lassi może być przechowywane w lodówce do 24h.
Ale po co czekać, skoro jest już gotowe ? ;)

Etykiety: ,

piątek, 27 maja 2011

Chłodnik rabarbarowo-truskawkowy

Zapowiedziany czas temu. Z totalnego braku czasu,  przepis wstawiam dopiero teraz. Inspiracji dostarczyła w zeszłym roku Martha Stewart, ale pomieszałam jej przepisy biorąc z każdego tylko tyle ile mi odpowiadało. Jednym słowem - baba w kuchni namieszała :) Efekt końcowy - zresztą zgodnie z oczekiwaniami - przepyszny.

pół kilograma ładnych truskawek (obranych z szypułek i przepłukanych)
łyżka cukru

4-5 łodyżek rabarbaru
kilka listków mięty
3 łyżki cukru, 1 cukier waniliowy

lody waniliowe lub bita śmietana

Piekarnik rozgrzać do 150 stopni. Truskawki (najlepiej niezbyt dobrze osączone z wody) wysypać na blachę i posypać cukrem. Wstawić blachę do piekarnika. Piec około godziny, aż truskawki puszczą sok i odrobinę się skurczą. Jednocześnie z piekarnika zacznie wydobywać się tak oszałamiająco smaczny aromat, że nie da się tego momentu przegapić ;))


Truskawki odstawić do ostygnięcia.  Rozgnieść je łyżką mieszając z otrzymanym sosem. Przenieść do naczynia w którym można je będzie zmiksować. Zmiksować na mus.

W czasie  kiedy truskawki się pieką  - możemy spokojnie ugotować kompot rabarbarowy.
Do 0,75 litra zimnej wody wsypać 3 łyżki cukru i jeden cukier waniliowy, dołożyć listki mięty oraz obrany i pokrojony na 2 cm kawałki rabarbar. Wszystko razem zagotować, po czym zdjąć z gazu. Przestudzić i przecedzić kompot przez sito.

Mus truskawkowy wymieszać z przecedzonym kompotem. Wstawić do lodówki. Podawać schłodzony z łyżką lodów waniliowych lub bitej śmietany. Przed podaniem chłodnik można dodatkowo przybrać truskawkami i listkiem mięty.


Chłodnik wart jest grzechu popełnienia; wydobyty intensywny smak zapieczonych truskawek, w połączeniu z waniliowo-kwaskową nutą rabarbaru jest po prostu cudowny. Stanowi też interesującą odmianę wśród znanych wszystkim buraczkowych odmian tej chłodnej zupy.

Na zdjęciu  powyżej  - chłodnik -  na potrzeby dzieci podany do spożycia w temperaturze pokojowej tuż po zmiksowaniu musu i wymieszaniu z kompotem.

Etykiety: ,

wtorek, 17 maja 2011

Maj i bzy

Czyż istnieje piękniejsza pora roku poza tą, w której kwitną bzy? Dla mnie maj nieodmiennie łączy się z zapachem bzu. I konwalii. Do tego dochodzi zachwyt nad rabarbarem, pierwszymi  truskawkami, obfitością młodego szczypiorku, natki koperku czy pietruszki. Pojawiają się też pierwsze smaczne pomidory. Nie trzeba być wegetarianinem, aby ulec temu urokowi i przygotowywać kanapki pełne wyłącznie wiosennych nowalijek.

Rabarbarowemu urokowi uległam już tydzień wcześniej piekąc ciasta i robiąc kwaskowate kompoty o bladoróżowym zabarwieniu. Jednak dopiero wpis Chillibite natchnął mnie pomysłem, który zrealizowałam wczoraj, dziwiąc się że sama nie wpadłam na niego wcześniej. Kompot rabarbarowy wzbogacony o listki mięty zyskał tak ciekawą nutę, że wzbudził nawet zainteresowanie Misi - mojej wybrednej nastolatki ;)

1,5 litra wody
5 gałązek rabarbaru obranego i pokrojonego na 2-3cm kawałki
garść listków mięty
2-3 łyżki białego cukru

Rabarbar obierz ze skórki, umyj i  pokrój na małe 2 lub 3 cm kawałki kawałki. Do garnka z wrzątkiem dodaj rabarbar, cukier  i listki mięty. Gotuj przez 4 minuty (ja robię to pod przykryciem).  W połowie gotowania - kiedy rabarbar rozleci się już na włókna  - wypróbuj smak kompotu - zbyt kwaśny dosłodź kolejną łyżką/łyżeczką cukru. Zostaw do przestygnięcia. Chłodnawy napoju przelej przez sitko do szklanego dzbanka, postaw na stole.

Połowę kompotu najlepiej zostaw, będzie potrzebny do zrobienia pysznego rabarbarowego chłodnika. Ale o tym w następnej odsłonie :)

Etykiety:

poniedziałek, 9 maja 2011

Deser w/g Jamiego

Lubicie świeże ananasy? Ja ogromnie. Pamiętam jednak czasy, kiedy ten rarytas był w Polsce całkowicie niedostępny, a jego smutny zamiennik - ananas w puszcze - obiektem westchnień. Na szczęście czasy się zmieniły i z nowym przywędrowały do Polski egzotyczne owoce. Dzisiaj nikogo już nie dziwi mango, liczi albo melon dostępne w supermarketach przez okrągły rok.

No więc, ananasy kupujemy i zjadamy, dotąd jednak nie pokusiłam się o nic więcej ponad jego obieranie i krojenie. Przepis Jamiego z piękną fotografią i jego fantastycznie prostym opisem był na tyle ciekawy, że obiecywałam sobie, że kiedys go wypróbuję. I kiedyś wreszcie nadeszło. Wypróbowałam i zapewniam - odtąd wracać będę nałogowo.

Ananas z miętowym cukrem
Przepis z książki "Lubię gotować" Jamiego Olivera.




1 dojrzały ananas -  dojrzały oznacza, że pięknie pachnie. Po prostu należy wsadzić nos w ananasa  i powąchać, uważając aby się o ananasowa otoczkę nie ukłuć. Robię tak od zawsze i to nie tylko w przypadku ananasa ;)
4 łyżki cukru
garść świeżej mięty


Anansa połóż na desce do krojenia, odetnij oba końce i stawiając na płaskich końcach odetnij pozostałą otoczkę. Wytnij wszystkie ciemne punkty, które są zdrewniałe i niesmaczne oraz twardawy środek. Pokrój ananasa na ćwiartki, a te na jeszcze mniejsze cząstki. Rozłóż na talerzu.

W moździerzu rozetrzyj cukier z listkami mięty. Cukier zmieni kolor i wszystko wokół zacznie pachnieć miętą. Posyp ananasa miętowym cukrem.

To na prawdę bardzo prosty, ale fantastyczny sposób na urozmaicenie smaku ananasa. Zapewniam, że będziecie zachwyceni tym połączeniem.

Składam kolejny raz ukłony w stronę mojego guru -  dziękuję Jamie :)





Etykiety: ,

środa, 4 maja 2011

Rabarbarowe szaleństwo

Rabarbarowe szaleństwo ogarnęło mnie. Kupiłam pęk pięknego rabarbaru i zgodnie z zapowiedzią próbuję rabarbarowe przepisy. Na pierwszy ogień poszedł ten. Niestety, w trakcie robienia ciasta, coś mi w nim nie pasowało. Miało być lekkie i kruche, a u mnie w surowym cieście przeważało zdecydowanie masło :( Wiele kruchych ciast w życiu robiłam więc intuicja mnie nie zawiodła. Pokombinowałam a rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania :)




 A teraz po kolei.

Na ciasto:
125 g zimnego masła
szklanka mąki
1/3 szklanki zmielonych płatków migdałów (50 g)
1/3 szklanki cukru
1 cukier waniliowy
2 żółtka

Dodatkowo:
bułka tarta do wysypania formy +odrobina masła
forma porcelanowa do tart
garść migdałowych płatków i garść mąki do kruszonki

Ciasto zarabiałam ręcznie - łącząc w misce wszystkie składniki. Ciasto chłodziłam około 1h w lodówce - zawinięte w woreczek foliowy.

Nadzienie:
5 łodyżek rabarbaru obranego ze skórki i pokrojonego na 1 cm kawałki
2-3 łyżki cukru
20g masła
2 szczypty cynamonu


Rabarbar posypałam cukrem, odstawiłam do czasu aż puścił sok. Przesmażyłam na patelni na maśle do momentu kiedy zrobił się miękki  - wyglądem  odrobinę przypominał rabarbarowa marmoladę ;) dodałam cynamon. Odsączyłam masę na sitku.

Piekarnik rozgrzałam do 190 stopni z termoobiegiem. I kilka słów wyjaśnienia - moja forma porcelanowa jest bardzo gruba,zazwyczaj ciasto gorzej w niej rośnie. Dlatego wydawało mi się, że nieco wyższa temperatura w piekarniku będzie odpowiednia. Intuicja kolejny raz mnie nie zawiodła. Jeśli jednak macie cieniutką formę do tart - np. teflonową wystarczy piekarnik nastawić na180 stopni.

Dno i boki  formy wysmarowałam masłem i posypałam bułką tartą.

2/3 ciasta rozłożyłam na dnie i bokach - prawie jak na klasyczną tartę, z tą jednak różnicą że absolutnie nie przejmowałam się brzegami. Spód podpiekłam przez 10 minut w piekarniku. Formę po tym czasie wyjęłam, wyłożyłam masę rabarbarową.

Pozostałą 1/3 część ciasta połączyłam z garścią mąki i garścią migdałowych płatków. Starłam na tarce na masę rabarbarową.

Formę włożyłam do piekarnika. Piekłam 25 minut, po zrumienieniu wierzchu (jakieś 15-18 minut) ciasto przykryłam folią aluminiową nie zmniejszając temperatury lecz wyłączając termoobieg.
Podawałam lekko ciepłe.

Tarta wzbudziła sensację. Dodam, że zniknęła w mgnieniu oka - co u mojej nastolatki jest rzeczą raczej niespotykaną ;)

Etykiety: , ,

wtorek, 3 maja 2011

Salsa verde

 Gdyby nie chłodna aura za oknem, większość spędzających majowy weekend osób urządzałaby dziś grilla. Lubię te pierwsze majowe spotkania u znajomych pod Warszawą, kiedy rozpalamy ognisko i grill, a dzieciaki szaleją w ogrodzie najchętniej na trampolinie ;) spragnione ruchu i świeżego powietrza. Dorośli delektują się piwem i aromatem pieczonych na grillu mięs.


Dzień wcześniej różne rodzaje mięsiwa wkładam w marynujące sosy, po to by na grillu zachwycać się ich kruchością. Szorując ziemniaki do pieczenia nie zapominam o ulubionym czosnkowym dipie i  tradycyjnie piekę ciasto z młodym rabarbarem. A propos rabarbaru - mam w zanadrzu dwa niezwykle ciekawe przepisy, które w najbliższym czasie zamierzam popełnić.

Wracając do tematu.

Salsa verde to sos ziołowy. Na przepis trafiam rok temu. Najczęściej dodawany jest do grillowanego kurczaka albo ryby. Często z dodatkiem anchois i czosnku (patrz mój ulubiony Jamie Oliver). Niestety, w takiej postaci byłby nieakceptowalny przez moje dzieci. Zaprezentowana przez Marthę Stewart wersja jest w moim odczuciu  DOSKONAŁA ;)  Najpiękniej komponuje się z grillowaną piersią kurczaka. Nie dodaję jedynie skórki otartej z cytryny - daję za to odrobinę więcej cytrynowego soku.

W tym roku, z racji choroby Juleczki, weekend majowy spędzam w domowych pieleszach odbierając telefoniczne relacje od wypoczywającej w górach reszty rodzinki. Pozostaje mi tylko pomarzyć o grillu i majówce ;) Na pociechę upiekłam więc sobie mięso w piekarniku i przyrządziłam sos.


Salsa verde w/g Marthy Stewart:

  1. Weź garść ulubionych ziół np. szczypior, koperek, pietruszka i estragon. 
  2. Posiekaj i wrzuć do przezroczystej miseczki.
  3. Skrop sokiem z połówki cytryny, dodaj łyżkę kaparów; dolej oliwę z oliwek extra virgin.
  4. Przypraw do smaku świeżo mielonym pieprzem  i szczyptą soli. 
  5. Wymieszaj.  

Sos powinien mieć półpłynną konsystencję, tak by można było nalać go łyżką. Nie przejmuj się ilościami dodanych ziół, zapewniam, że za każdym razem wyjdzie równie smaczny :)

Etykiety:

poniedziałek, 2 maja 2011

Pasta rybna


Pozostając bez komentarza odnośnie dzisiejszego TOP wydarzenia dnia,  a zwłaszcza wypowiedzi polityków dot. wyczynu Amerykanów (choć język mnie swędzi, oj swędzi), a nawet Dnia Flagi Narodowej  - na spokojnie  - zaserwuję pyszną pastę tuńczykową.

1 puszka tuńczyka w sosie własnym
2 jajka ugotowane na twardo 
majonez, sól, pieprz
Opcjonalnie: 1 mała cebulka cukrowa lub/i siekany zielony koperek - 1 łyżka

Baza:
Tuńczyka odsączamy z zalewy i przekładamy do salaterki.
Jajka obieramy ze skorupek, ścieramy na tarce o drobnych oczkach.
Rybę i jajka mieszamy delikatnie, doprawiamy odrobiną pieprzu - u mnie świeżo mielony, trójkolorowy; scalamy łyżką lub dwoma majonezu. Smakujemy i w razie konieczności dosalamy. Podajemy na kromkach razowego pieczywa.


Pasta równie wybornie smakuje wymieszana z posiekaną cukrową cebulką i łyżką siekanego świeżego koperku. Tak jak na zdjęciach powyżej.

Etykiety: ,

niedziela, 1 maja 2011

Cudowne ziemniaki


Należę do kategorii ludzi uwielbiających ziemniaki. I to w każdej postaci. Od frytek przesączonych starym olejem (które uwielbiałam mając naście lat), poprzez ukochaną na studiach sałatkę żydowską, aż po wyrafinowane ziemniaczane dania, na które trafiam obecnie.

Dzisiejsza odsłona ziemniaka  to danie bardzo proste w wykonaniu.
Od kiedy pamiętam ziemniaki pieczone w folii w popiele są hitem każdego grillowanego spotkania - tutaj - z braku ogniska umieściłam je w piekarniku.

Ziemniaki w mundurkach




Dla 2 osób:
4 duże ziemniaki
małe opakowanie serka kremowego np. Bieluch
2 ząbki czosnku
pół zielonego ogórka
 po łyżeczce masła na każdy ziemniak
sól, pieprz


Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Wyszorowane dokładnie ziemniaki zawijamy w aluminiową folię i układamy w żaroodpornym naczyniu - najlepiej z bocznymi uchwytami. Pieczemy 80 minut.

W tym czasie serek mieszamy z wyciśniętymi ząbkami czosnku, ogórkiem startym na tarce oraz odrobiną soli i pieprzu.

 


Ziemniaki wyjmujemy z piekarnika. Każdy ziemniak wraz z folią układamy na talerzu, ostrożnie odwijamy folię - uważając aby się nie popiec. Kartofelki nacinamy przez środek na krzyż. W rozcięte wnętrze wkładamy masło i szczyptę soli, a po chwili dodajemy serek. Dekorujemy zieleniną. Podajemy natychmiast.

Danie doskonałe np. na postny obiad serwowany w  Wielki Piątek lub każdy inny dzień, jaki przyjdzie nam do głowy :)

Etykiety: , ,