Pamiętam je bardzo wyraźnie. Wspomnienia i smaki z dzieciństwa wymieszane wyrywkowo, bez konkretnych dat. Ot, takie ulotne chwile, które zapadły w pamięć.
Letni wieczór, a właściwie noc... bo pamiętam zapach nocy, szczekanie psów, światło w kuchni - u babci, bo to wakacje i gorącą parówkę podaną na kolacje - rozciętą na końcu, aby się do mnie uśmiechać. Do dzisiaj lubię parówki - niezależnie od tego co się w nie pakuje ;)
No i moje drugie ulubione - podpiekane na maśle bułeczki.
Czy jest w ogóle ktoś, kto nie ma takich wspomnień?
:)
Dzisiaj będzie o tych bułeczkach, to najprostsze i jednocześnie najszybsze ze śniadań - stanowią moją podręczną, pierwszą pomoc w sytuacjach gdy dzieci nie chcą jeść "kanapek" Już to słyszę -
Ble, znowu kanapki ....
Bułeczki trzeba koniecznie mieć dwudniowe, przekroić je na pół, posmarować grubo masłem i wrzucić na rozgrzaną patelnię. Podsmażyć do zrumienienia z obu stron.
To jest właściwie baza do której można, już wedle własnej fantazji, dopasować resztę. Można na gorące bułeczki dać słodki dżem, można posmarować serkiem
kiri - zjemy je wtedy na słono, można w ostatniej fazie pieczenia dołożyć czosnek i żółty ser, można wreszcie zanurzyć w roztrzepanym jajku i wyczarować francuskie tosty. Pomysłów jest tak wiele, że nie sposób wszystkie opisać.
Ja jem te bułeczki zwyczajnie - bez dodatków, popijając dobrą kawą.
I tak sobie teraz myślę, że był to babciny sposób na mnie - małego niejadka i na stare bułki, które na drugi dzień nie znajdują zazwyczaj chętnych do konsumpcji ;)
Etykiety: Smaki dzieciństwa