środa, 21 sierpnia 2013

Śledzie, Makłowicz i ...słoik

Po podróży do Sztokholmu pozostały wspomnienia i liczne fotki. I jak to zwykle u mnie bywa, nie zdołałam znaleźć chwili, aby napisać coś więcej. Do dziś.

No właśnie, a wszystko zaczęło się od słoika.

Będąc w Szwecjo objadaliśmy się nieznanymi w Polsce smakami.
Bo czyż znane jest komuś połączenie np. śledzi ze skórką pomarańczową i ziarnami ziela angielskiego w lekko słodkiej zalewie? Albo w zalewie z cynamonem? Raczej nie. Skupiliśmy się więc na kosztowaniu tych nieznanych i zaskakujących połączeń. Z całkiem pozytywną dla nas samych reakcją typu "dziwne ... ale smaczne"
Kilka słoików śledzi przypłynęło z nami do domu. Te mniejsze - po spożytkowaniu - pomyłam, aby później wykorzystywać do bełtania śmietany. Zmywarka, jak zwykle, pięknie poradziła sobie z resztami śledziowego zapachu, nie zdołała jednak zmyć kolorowych naklejek. Na szczęście. Ilekroć biorę do ręki słoik, aby zabielić zupę śmietaną - w pamięci odżywa smak niezwykłych połączeń.
 Tu - pomarańczowa skórka i ziele angielskie.
Poniżej inna kompozycja - i  zagadka jaka? Podpowiedzi udziela nakrętka ;) Może ktoś się pokusi o udzielenie odpowiedzi.

Nieszczęściem, szwedzkie jedzenie kojarzy się wszystkim z Ikeą i nieśmiertelnymi klopsikami mięsnymi (Kotbullar), które serwowane są z ziemniaczanym pure, sosem oraz równie popularnym dżemem z borówki.
Można narzekać, ze nie wiadomo co w mięsie jest,  dlatego niezdrowe, nieekologiczne, i że w ogóle mięsne, a przecież świat zmierza w kierunku wegetarianizmu.Ja odpowiem tak: te mięsne klopsiki wielkości włoskiego orzecha będą na pewno ciekawą alternatywą dla naszych mielonych, sos z borówek słodkością  skusi niejednego niejadka, a ziemniaczane pure to żelazny kanon polskich zestawów obiadowych. Dlaczego więc narzekamy? Jeśli klopsiki zrobimy sami - na własnoręcznie zmielonym mięsku, z dodatkiem świeżej natki, szczyptą np. kolendry, żółtka - będzie to najbardziej ekologiczne i zdrowe jedzenie pod słońcem. A narzekamy, bo taka już nasza -  polska -  natura.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej? No niekoniecznie. Dlatego przemycajmy nieznane nam, ale przecież przez innych odkryte, połączenia. Gdy za oknem plucha i słota albo przenikliwy ziąb, rzućmy od czasu do czasu na talerz naszym dzieciom, mężom, wreszcie samym sobie "łychę" krwistoczerwonego dżemu z zatopionymi kulkami borówek.
Jak powiedział Pan Makłowicz - słodkie dżemy (z których także słyną Szwedzi) to jeden ze sposobów na radzenie sobie z depresją spowodowaną brakiem słońca.

Dzisiaj za oknem zrobiło się szaro, jesiennie i deszczowo. A przecież wciąż mamy letnie wakacje.
Dlatego, już tęskniąc za słońem, polecam Wam ikeowy zestaw obiadowy: klopsiki z ziemniaczanym pure i borówką.

Klopsiki:
Suchą bułkę namoczyć w przegotowanej, letniej wodzie. Wołowinę (lub inne dowolne mięso) dokładnie umyć, pokroić i zmielić. Wymieszać mięso z posiekaną cukrową cebulką, łyżką posiekanej zielonej pietruszki, odrobiną soli i pieprzu, wreszcie odsączoną bułką. Całość raz jeszcze zmielić. Dodać 2 żółtka. Zmiksować, aż osiągnie kremową konsystencję. Zwilżonymi w zimnej wodzie rękami formować malutkie kulki wielkości orzecha włoskiego. Surowe klopsiki gotować w osolonej wodzie około 6 minut. Ugotowane mięsne kulki można skropić olejem (u mnie olej z pestek winogron) i opiec w piekarniku - z wykorzystaniem funkcji 'grill' lub podpiec na patelni - wykorzystując reszki tłuszczu do zrobienia sosu.







Etykiety:

czwartek, 1 sierpnia 2013

Ice-lollies

Z wiki: 
popsicle 
freeze pop
ice block 
ice pop 
freezer po
icy pole 

Ice lolly or lolly-ice
Domowe lody z zamrożonych soków owocowych, zmiksowanych owoców lub mieszaniny tychże składników. Najprostsze pod słońcem. Z dużą ilością dobrej zabawy. Ale po kolei.

Pierwsze powinno pojawić się tutaj pytanie czy są w ogóle osoby, które lodów nie lubią?
Tak, zdecydowanie. A przynajmniej ja jestem typowym lodowym niejadkiem.

Wyjątek stanowiła ciąża z Dominiką, kiedy to lodami (mlecznymi) objadałam się bez opamiętania. Ale kobiecie w ciąży wybacza się czasowe zachcianki, więc tamten okres się nie liczy ;) Lodów jak nie lubiłam, tak nie lubię. Przechodzę obojętnie nad pojawiającymi się lodowymi nowościami, o ile w ogóle obojętnym można być wobec nieśmiertelnego "Mamo, mogę lody ?" :)

Jednak od kiedy modne stały się sorbety i lody z niecodziennymi dodatkami - raczej z ciekawości niż potrzeby chwili pozawalam sobie na jedną, malutką kulkę. Obojętnie jednak nie mogłam przejść obok cudnie wydanej książeczki "Ice lollies" wypatrzonej pośród wyprzedawanych akcesoriów TK MAX.
Dlatego odkurzyłam zapomniane formy do lodów (IKEA) i zabralam sie do roboty.
Proces trudny nie jest - poradziła sobie nawet moja najmłodsza, 4-letnia pociecha.

Mandarynkowe Ice-lollies


Składniki (na 3 foremki do lodów):
4 mandarynki
foremki do lodów

Z mandarynek wycisnąć sok, przelać do lodowych foremek, włożyć patyczek, mrozić przez co najmniej 4-6 godzin. Przed podaniem pojemniczek polać gorącą wodą, aby lody zechciały go opuścić. Zjadać niezwłocznie. Mandarynki mielismy dojrzałe, niezwykle soczyste i bardzo słodkie. A po zamrożeniu, sok z nich wyciśnięty okazał się przepyszny.

To oczywiście najprostszy ze sposobów, można bawić się bez końca z mieszaniem smaków, dodatkiem owocowych cząstek, jogurtu albo skondensowanego mleka, miodu, chili, aromatów lub naturalnych przypraw. Granice narzuci wyłącznie nasza wyobraźnia.
 


Etykiety: ,