Zabawa blogowa zbliża się powoli do końca. Tematem dzisiejszym ma być jedzenie z piosenki.
Jest wieczór i jakoś niespecjalnie piosenki chodzą mi po głowie.
Za to o porankach często plączą się gdzieś w zakamarkach słowa "Dzień dobry. Kocham Cię. Już posmarowałem Tobą chleb".
Niech jedzeniem z piosenki będzie więc chleb. Świeży, pachnący. Zjadany o poranku. Bez pośpiechu.
Taka ulotna chwila zatrzymana w kadrze codzienności.
środa, 29 grudnia 2010
niedziela, 26 grudnia 2010
Kutia
Dzień 25 zabawy blogowej przypadł na drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Temat zabawy doskonale pasuje więc do pory.
A moja ulubiona potrawa świąteczna? To kutia. Oprócz karpia, który zdecydowanie jest numerem jeden wśród wigilijnych dań, największym sentymentem darzę właśnie tą słodką i mało znaną potrawę.
Na wigilijnym stole pojawia się za sprawą mojego dziadka - a właściwie historii związanej z jej podawaniem. Dziadek mieszkał przed wojną pod Lwowem. W jego rodzinnym dom z roku na rok kultywowana była tradycja rzucania kutią o powałę przedsionka. Jeśli kutia zatrzymała się na suficie, kolejny rok miał być wedle wróżby pomyślny i obfitujący w dobre wydarzenia. Kutia która do sufitu się nie przykleiła, jak łatwo można się domyślić, zwiastowała rok niepomyślny.
Takim oto sposobem kutia zagościła na wigilijnym stole mojego domu. O sufit jej oczywiście nie rzucam, ale przygotowując ją zawsze wspominam tamtą starą opowieść.
Dzień wcześniej przepłukać ziarna pszenicy na sitku bieżącą zimną wodą, następnie pszenicę przełożyć do garnka i zalać zimna wodą jakieś 2 cm ponad powierzchnię ziaren. Zostawić na noc. Rano zlać wodę znad pszenicy, uzupełnić świeżą wodą, zagotować. Gotujemy do miękkości ziaren - często mieszając. Namoczona pszenica nie gotuje się długo - wystarczy jej jakieś 20, 30 minut.
Po wystudzeniu mieszamy ja z makiem, bakaliami i miodem. Podajemy na wigilijnym stole ozdobioną np. połówkami obranego orzecha.
A moja ulubiona potrawa świąteczna? To kutia. Oprócz karpia, który zdecydowanie jest numerem jeden wśród wigilijnych dań, największym sentymentem darzę właśnie tą słodką i mało znaną potrawę.
Na wigilijnym stole pojawia się za sprawą mojego dziadka - a właściwie historii związanej z jej podawaniem. Dziadek mieszkał przed wojną pod Lwowem. W jego rodzinnym dom z roku na rok kultywowana była tradycja rzucania kutią o powałę przedsionka. Jeśli kutia zatrzymała się na suficie, kolejny rok miał być wedle wróżby pomyślny i obfitujący w dobre wydarzenia. Kutia która do sufitu się nie przykleiła, jak łatwo można się domyślić, zwiastowała rok niepomyślny.
Takim oto sposobem kutia zagościła na wigilijnym stole mojego domu. O sufit jej oczywiście nie rzucam, ale przygotowując ją zawsze wspominam tamtą starą opowieść.
Na kutię:
20dkg ziaren pszenicy
puszka gotowego maku np. Bakalland
po garści lub dwóch rodzynek, płatków migdałów, orzechów
2-3 łyżki miodu
Dzień wcześniej przepłukać ziarna pszenicy na sitku bieżącą zimną wodą, następnie pszenicę przełożyć do garnka i zalać zimna wodą jakieś 2 cm ponad powierzchnię ziaren. Zostawić na noc. Rano zlać wodę znad pszenicy, uzupełnić świeżą wodą, zagotować. Gotujemy do miękkości ziaren - często mieszając. Namoczona pszenica nie gotuje się długo - wystarczy jej jakieś 20, 30 minut.
Po wystudzeniu mieszamy ja z makiem, bakaliami i miodem. Podajemy na wigilijnym stole ozdobioną np. połówkami obranego orzecha.
Etykiety:
Wigilia
czwartek, 23 grudnia 2010
Najbardziej nieestetyczna potrawa
Dzień 24.
Jaka jest najbardziej nieestetyczna potrawa, jaką widziałam??
Oj, nie przepadam za wyglądem gulaszy - zwłaszcza tych w kolorze czerwonkawym (z fasolą?). I nic nie poradzę, że nieodmiennie kojarzą mi się z ... tu można wstawić słowo na "w", albo "er-zet" ;)
wtorek, 21 grudnia 2010
Dzień 23 - romantyczne jedzenie dla dwojga
Zapodam tylko temat: ryż z krewetkami
1 torebka ulubionego ryżu - ugotowanego tuż przed przyrządzaniem potrawy.
2 słoiczki krewetek w sosie
1 puszka ananasów w plastrach
natka pietruszki - kilka gałązek
przyprawa: chili
Dodatkowo: 1 zielona galaretka przygotowana wcześniej (np. rano) w/g przepisu na opakowaniu ale przy użyciu mniejszej niż zalecana ilości (np. 2/3) wody
Uwaga: z podanych ilości wychodzą 4 mniejsze porcje lub 2 duże ( jeśli podamy po 2 filiżanki ryżu na osobę).
1 torebka ulubionego ryżu - ugotowanego tuż przed przyrządzaniem potrawy.
2 słoiczki krewetek w sosie
1 puszka ananasów w plastrach
natka pietruszki - kilka gałązek
przyprawa: chili
Dodatkowo: 1 zielona galaretka przygotowana wcześniej (np. rano) w/g przepisu na opakowaniu ale przy użyciu mniejszej niż zalecana ilości (np. 2/3) wody
Uwaga: z podanych ilości wychodzą 4 mniejsze porcje lub 2 duże ( jeśli podamy po 2 filiżanki ryżu na osobę).
- Na patelni wymieszać krewetki z sosem z ananasów. Do smaku doprawić chili (ewentualnie moją ulubioną węgierską pastą z ostrych papryczek).
- Zieloną galaretkę pokroić w małe sześciany.
- Pietruszkę posiekać i wymieszać z ryżem w miseczce, nabrać porcję za pomocą filiżanki i przełożyć na duży talerz - jak babę z piasku - do góry nogami na środek. Polać przygotowaną mieszanką krewetek.
- Całość przybrać dekoracyjnie ananasami i pokrojoną galaretką.
Etykiety:
Ryby
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Na przeziębienie - herbatka z miodem i cytryną
Dzień 22 - coś, co jem, kiedy choruję.
Kiedy choruję - jem mało albo wcale. Ponieważ najczęściej mam problemy z bolącym gardłem. Wtedy - wierzcie lub nie - nic się jeść nie chce. Za to nachodzi człowieka ochota na sok z cytrusów (najczęściej na pomarańcze) albo herbatę z miodem i cytryną.
Kiedy choruję - jem mało albo wcale. Ponieważ najczęściej mam problemy z bolącym gardłem. Wtedy - wierzcie lub nie - nic się jeść nie chce. Za to nachodzi człowieka ochota na sok z cytrusów (najczęściej na pomarańcze) albo herbatę z miodem i cytryną.
niedziela, 19 grudnia 2010
Mus truskawkowy - w środku śnieżnej zimy
Dzień 21 - potrawa, którą chciałabym spróbować. Niech będzie - wódka z musem truskawkowym ;)
O, na przykład z menu tej knajpy Melody Nelson.
sobota, 18 grudnia 2010
Makutra
Dzień 20 - kulinarne wspomnienie z dzieciństwa.
Każdy z nas ma takie wspomnienia. Każdy ma ulubione potrawy, które zapamiętał z dzieciństwa. Nie jestem w tym względzie odmieńcem ;) O smakach dzieciństwa pisałam już przy różnych innych okazjach. Tym razem odrobinie przekornie, na myśl przychodzi mi sam rytuał przygotowania, a nie konkretny smak.
Czy pamiętacie jeszcze proste urządzenie zwane makutrą? To wielka, gliniana miska, w której - w erze przed mikserami - ucierało się ciasta. Ponieważ makutra jest jak napisałam gliniana, a jej wewnętrzna powierzchnia - nie szkliwiona - podczas ucierania ciasta pałką wydane są charakterystyczne dźwięki.
Pamiętam mamę ucierającą w niej z zapałem świąteczny sernik;
ser tata przednio trzykrotnie mielił w ręcznej maszynce do mielenia.
Pamiętam mamę ucierającą w niej z zapałem świąteczny sernik;
ser tata przednio trzykrotnie mielił w ręcznej maszynce do mielenia.
Wspólne świąteczne kucharzenie to był nasz rodzinny rytuał. Co roku zaglądało się do starego zeszytu mamy z przepisami. Co roku w wannie pływały dorodne karpie. Na te karpie, na zapach pieczonych ciast i kuchnię pełną rodzinnych przekomarzań czekałam z tęsknotą.
W moim domu Święta zaczynają się piernikowym szaleństwem, potem przychodzi czas na ozdabianie okien, zieloną jemiołę, stroję nawet ... naszego kota - w niebieski dzwoneczek ;)
W moim domu Święta zaczynają się piernikowym szaleństwem, potem przychodzi czas na ozdabianie okien, zieloną jemiołę, stroję nawet ... naszego kota - w niebieski dzwoneczek ;)
Etykiety:
Wigilia
czwartek, 16 grudnia 2010
Coś, co jadam rękami
W dniu 19 zabawy mam opisać potrawę, którą jem rękami. Niech będzie tak: rękami lubię jeść pizzę. Od zawsze. Najlepsza oczywiście jest pizza na cienkim cieście z niewielką ilością dodatków, a do niej coca-cola z dobrze schłodzonej, szklanej butelki :)
wtorek, 14 grudnia 2010
Zabawy cd.
Dzień 18 - coś, czego nigdy nie jadam.
Nie jadam jajek gotowanych na twardo. U nikogo i przenigdy. Nie wdając się w przyczynę tego zjawiska, napiszę tylko, że jadalne przeze mnie są tylko jajka które sama obrabiam. No, ale przynajmniej temat 18 dnia zabawy przyszedł mi do głowy z łatwością ;)
poniedziałek, 13 grudnia 2010
Przegryzka
Dzień 17 - coś, co jesz bardzo często.
Bardzo często jadam żółty ser. Najlepszy jest pasterek świeżutkiej Goudy na kromce chleba z masłem, przybrany z wierzchu ugotowanym na twardo żółtkiem i udekorowany łyżeczką majonezu - koniecznie z Winiar ;) Samo żółtko to bomba cholesterolowa, o reszcie nie wspominając ;)
Etykiety:
Smaki dzieciństwa
niedziela, 12 grudnia 2010
Chleb z otrębami i czarnuszką
Dzień 16 powinien podać definicję czegoś kiedyś ulubionego, dziś znienawidzonego.
No i zagwozdka niemała, bo coś takiego nie istnieje.
Chleb z otrębami i czarnuszką
No i zagwozdka niemała, bo coś takiego nie istnieje.
W zamian, wstawiam przepis na chleb, który wypiekam właściwie tylko przy okazji Świąt BN.
Będzie to również moja propozycja do świątecznych prezentów, bo chleb powędruje do znajomych.
Najlepiej upiec go wieczorem - na dzień przed Wigilią.
Z pewnością będzie niezwykle oryginalnym pieczywem podanym do wigilijnej kolacji.
Przepis pochodzi od koleżanki, która pracując w Pałacyku Sobańskich (Warszawa) miała okazję go tam skosztować i przepis od szefa kuchni wydębić ;)
Obecnie, przepis można znaleźć w pięknie ilustrowanej książce:
Obecnie, przepis można znaleźć w pięknie ilustrowanej książce:
"Kuchnia polska XXI wieku"
autor - Wojciech Modest Amarao.
Chleb z otrębami i czarnuszką
500g mąki
75 g otrębów pszennych
50 g orzechów laskowych
50 g orzechów włoskich
1 paczka drożdży suszonych (7g)
pół łyżki kminku
1 łyżka majeranku
1 łyżka czarnuszki
2 szklanki letniej wody + rozpuszczona w nich płaska łyżeczka soli
- W dużej misce wymieszać suche składniki. Wlać wodę, wymieszać. Zostawić na 30 minut do wyrośnięcia (pod lnianą ściereczką, w ciepłym miejscu np. na kaloryferze).
- W tym czasie keksówkę wysmarować masłem, przesypać otrębami.
- Przełożyć częściowo wyrośnięte ciasto do keksówki, nakryć ściereczką i odłożyć na kolejne 30 minut.
- Piekarnik rozgrzać do 195 stopni (góra-dół)
- Wstawić formę z ciastem - piec około 2 godzin. Ja ostatnie 15-20 minut dopiekałam ciasto w termoobiegu.
sobota, 11 grudnia 2010
Dzień 15 - kiedyś znienawidzone, dziś ulubione
Pietruszka. A właściwie jej natka.
Dawniej jej po prostu nie cierpiałam. Dziś nie wyobrażam sobie niektórych dań bez tego dodatku.
piątek, 10 grudnia 2010
Wigilijna kapusta z fasolą
Dzień 14 - coś, czego nigdy nie spodziewałabym się polubić.
Jako że wciąż obracam się wokół świątecznych tematów, napiszę - choć może niezbyt oryginalnie, że nigdy nie spodziewałam się, że polubię groch (fasolę) z kapustą. Jeszcze 5 lat temu było to danie, którego nakładałam na talerz dosłownie łyżeczkę, po to tylko aby dopełnić obowiązku skosztowania wszystkich wigilijnych potraw.
Odkąd zamieniłam groch na fasolę, potrawa stała się tak doskonała, że lubi ją nawet moja nastolatka ;)
Wigilijna kapusta z białą fasolą
Bardzo proste.
0.5 kg kiszonej kapusty
1 ząbek czosnku
1 duża cebula cukrowa lub 2 mniejsze
1 puszka białej fasolki w zalewie
sól, pieprz, masło - 2 łyżki
Bardzo proste.
0.5 kg kiszonej kapusty
1 ząbek czosnku
1 duża cebula cukrowa lub 2 mniejsze
1 puszka białej fasolki w zalewie
sól, pieprz, masło - 2 łyżki
- Kapustę odcisnąć z nadmiaru soku i przynajmniej raz przepłukać w zimnej wodzie. Poszatkować. Przełożyć do garnka, zalać zimną wodą (wody powinno być na oko 1 cm nad powierzchnię kapusty), wrzucić obrany ząbek czosnku i gotować pod przykryciem 1 godzinę - lub do miękkości, jeśli kapusta po godzinie nadal sprawia wrażenie twardawej.
- W tym czasie cebulkę pokroić w drobną kostkę i zeszklić na patelni na łyżce masła (nie przyrumieniać!)
- Odcedzić kapustę, dołożyć do niej odsączoną z zalewy fasolkę, zeszkloną cebulę, kolejną łyżką masła - wszystko dobrze wymieszać i podgrzewać do połączenia się składników (jakieś 3 minuty) uważając, aby kapusta nie przywarła do dna. Dosolić do smaku i wkręcić sporo czarnego pieprzu.
- Podawać gorące.
czwartek, 9 grudnia 2010
Jedzenie, które jest grzechem
Dzień 13 - jedzenie, które jest grzechem (ale jakże przyjemnym).
Takim jedzeniem jest dla mnie Wigilijna kolacja :) Obżeram się ulubionymi potrawami i tylko ciut brakuje, aby nie pęknąć ;) Wśród tych najbardziej pożądanych są: pierogi z kapustą i grzybami, zasmażana fasola z kapustą oraz rzecz jasna królewski KARP.
Takim jedzeniem jest dla mnie Wigilijna kolacja :) Obżeram się ulubionymi potrawami i tylko ciut brakuje, aby nie pęknąć ;) Wśród tych najbardziej pożądanych są: pierogi z kapustą i grzybami, zasmażana fasola z kapustą oraz rzecz jasna królewski KARP.
Właściwie na tym menu wigilijne każdego zrdowo-rozsądkowego człowieka mogłoby się zakończyć, ale jak tu się nie oprzeć makiełkom, piernikowi czy wigilijnemu suszowi? A zupa grzybowa mojej mamy, przygotowana na samych prawdziwkach, to po prostu marzenie...
środa, 8 grudnia 2010
Pierniczki Krystynki
Dzień 12. Przyszła pora na przepis z ulubionego bloga kulinarnego. Moim ulubionym zakątkiem inspiracji kuchennych nie są jednak blogi, a forum kulinarne. Dostosowując się jednak do zabawy, zapodaję blog Bei i jej świąteczne propozycje ciasteczkowe: Bea w kuchni
Uprzedzam lojalnie, że przepisu nie sprawdzałam.
W zamian podaję przepis na pierniczki, które kiedyś przy okazji przedszkolnej Wigilii robiliśmy (my - rodzice) wspólnie z dzieciakami. Przepis przyniosła ukochana przedszkolanka - pani Krysia.
Pierniczki Krystynki
500g mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
200g cukru pudru
1 cukier waniliowy
2 jajka
1 skórka z cytryny
250g masła lub Kasi
1 łyżeczka przyprawy do pierników
2 łyżki miodu
Ciasto ugnieść, wałkować na grubość 0,5 cm podsypując mąką. Wycinać gwiazdki, serduszka jednym słowem formy wszelakie. Piec w nagrzanym do temp. 200-210 stopni piekarniku około 10 minut. Po ostudzeniu polukrować.
Etykiety:
Ciasteczka,
Wigilia
wtorek, 7 grudnia 2010
Potrawa z ulubionej książki kucharskiej
Dzień 11.
Taaak. Mam wiele książek kucharskich; do jednych sięgam częsciej, do innych - wcale.
Nie pozbywam się ich jednak z nadzieją, że z czasem zmieniając gusta kulinarne odkryję w nic coś, co mnie zaciekawi albo jeszcze lepiej zainspiruje.
A ulubiona książka kucharska? Ogromnym sentymentem darzę Kuchnię Polską. Moje wydanie jest z roku 1987 roku, oprawione w płócienną obwolutę. Kiedyś była jeszcze kredowa okładka, ale z czasem uległa zniszczeniu. Kuchnię zadziwiające - kupiłam w Kijowie, który należał wówczas (jak cała Ukraina) do ZSSR. W tamtych czasach w Polsce, kupno Kuchni Polskiej graniczyło z cudem, a tam po prostu leżała wśród innych, ogólnodostępnych książek.
Kolej na przepis: niech to będą PORY ze śmietaną.
Pory starannie opłukać, odciąć korzonki i zielone liście, pozostawiając tylko jasną - prawie białą - część warzywa. Udusić je w małej ilości wody z dodatkiem soli, cukru i tłuszczu. Podprawić mąką ze śmietaną.
Prawda, że proste? :)
Etykiety:
Kuchnia polska
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Ciasteczka cytrynowo-migdałowe
Nutka nostalgii, zniewalające odprężenie i ciepło które leniwie ogarnia mnie od palców nóg po czubek głowy. To bezsprzecznie kojarzy mi się z comfort food, ale ....nie mam dania, które przenosiłoby mnie w taki stan.
Już raczej będzie to gorąca kąpiel i milutki koc w który się potem zawinę sadowiąc na kanapie aby obejrzeć ciekawy film ;) Smaki dzieciństwa - owszem, nie raz o nich pisałam, niemniej nie wzbudzają we mnie tego typu "uniesień" ;)
Zbliża się Boże Narodzenie. Jego ulotny czar, jemioła u sufitu i domowe wypieki, które planuję już z końcem listopada również wzbudzają u mnie uczucia podobne do tych jakie innym daje comfort food. Świąteczny nastrój przynosi wspomnienia mamy ucierającej sernik, taty mielącego dla niej mak i zapach wystanych w dłuuuuugiej kolejce mandarynek. W moim domu pachnie obecnie piernikiem i ciasteczkami. A mandarynki - ponakłuwane goździkami - pojawią się wkrótce ;)
Na razie przeglądam więc świąteczne przepisy. I z przyjemnością podzielę się przepisem na
Już raczej będzie to gorąca kąpiel i milutki koc w który się potem zawinę sadowiąc na kanapie aby obejrzeć ciekawy film ;) Smaki dzieciństwa - owszem, nie raz o nich pisałam, niemniej nie wzbudzają we mnie tego typu "uniesień" ;)
Zbliża się Boże Narodzenie. Jego ulotny czar, jemioła u sufitu i domowe wypieki, które planuję już z końcem listopada również wzbudzają u mnie uczucia podobne do tych jakie innym daje comfort food. Świąteczny nastrój przynosi wspomnienia mamy ucierającej sernik, taty mielącego dla niej mak i zapach wystanych w dłuuuuugiej kolejce mandarynek. W moim domu pachnie obecnie piernikiem i ciasteczkami. A mandarynki - ponakłuwane goździkami - pojawią się wkrótce ;)
Na razie przeglądam więc świąteczne przepisy. I z przyjemnością podzielę się przepisem na
Ciasteczka cytrynowo-migdałowe :)
Składniki:
50 g zmielonych migdałów
200g mąki
100g masła
50 g margaryny
50g cukru pudru
1 żółtko
1 cytryna
I dodatkowo do ozdoby: garść cukru oraz garść płatków migdałów
Do miski wsypać mąkę, cukier puder, miękkie masło i margarynę oraz żółtko, zarobić ciasto to powstania zacierek -następnie dodać skórkę otartą z cytryny oraz 2,3 łyżeczki wyciśniętego z niej soku. Zarobić kruche ciasto. . Zawinąć ciasto w woreczek foliowy i wstawić na 30 minut do lodówki lub 15 minut do zamrażalnika.
W tym czasie blachę wyłożyć papierem, nagrzać piekarnik do 180 stopni.
Ciasto rozwałkować moim sposobem tj. - między folią spożywczą. Górną część folii odkleić. Wykrawać ciasteczka i przenosić łopatką na blachę. Jeśli ciasto niezbyt nadaję się do przenoszenia (jest klejące) - można zrobić inaczej: rozwałkowane przenieść w całości na blachę wyłożoną papierem - odkleić z góry folię i już na blasze wykrawać wzory ciasteczek, usuwając nożem niepotrzebną część ciasta. Posmarować każde ciasteczko rozmąconym białkiem. Posypać szczyptą cukru i odrobiną migdałowych płatków.
Piec na złoto - u mnie około 15 minut.
Ciasteczka są mocno cytrynowe, po upieczeniu cudownie miękkie. Migdały są lekko wyczuwalne.
Etykiety:
Ciasteczka,
Cytryna,
Orzechy,
Wigilia
sobota, 4 grudnia 2010
Co można podarować jako prezent ? PIERNIK!!!
Dzień 9 zabawy blogowej przypadł na mroźny, sobotni poranek.
Właściwie na hasło "coś, co można podarować jako prezent" do głowy przychodzi mi tylko
P I E R N I K.
P I E R N I K.
Przepis zapodała niejaka ewalukas. Piekę go 3 rok z rzędu. Pierwszy raz wyszedł idealnie, w drugim roku niestety nie. Dlaczego? Nie dopiekł się środek, ale zakalcowatą część po prostu wywaliłam (hi hi), pozostawiając ładnie dopieczone boki. Wszystkiemu winien był mój stary piekarnik. W tym roku upiekłam dwa pierniki - sprawdzając zarówno pieczenie z termoobiegiem jak i bez. Skąd takie dziwadła? Bo kupiłam nowy piekarnik i w nim pieczenie jest na razie inne, nie do końca niesprawdzone ;) Oba pierniki ładnie urosły, ale pieczenie z termoobiegiem skutkowało przypaleniem ciasta. Nie pomogło nawet zmniejszenie temperatury. Niemniej piernik jest tak fantastyczny, że nawet po przypaleniu, czy uzyskaniu zakalca, daje się go uratować! A w Wigilię zjadać się najpyszniejszym ze znanych mi świątecznych ciast.
Tegoroczne pierniki z premedytacją piekłam dwa. I nie tylko po to aby, przetestować piekarnik ;) Jeden zostawię dla nas; drugi podzielony na sprawiedliwie na pół powędruje do znajomych. Jako prezent.
Kto ciekawy przepisu, niech zajrzy tutaj: Piernik Świąteczny
Etykiety:
Wigilia
piątek, 3 grudnia 2010
Co mogę przygotować z zamkniętymi oczami?
Zamykanie oczu powoduje tyle tylko, że pojawia się przed powiekami tysiące obrazów. Trwają tyle co mgnienie i wywołują następne. Niemniej, narzucając myślom z góry tematykę rozmyślań, stwierdzam z całą stanowczością, że z zamkniętymi oczami na pewno nie potrafiłabym zrobić żadnego ciasta. Nie wiem jak robi to moja 90-letnia babcia, ale zna na pamięć swoje przepisy na jabłecznik, pączki i inne wypiekane w przeszłości pyszności. Obecnie prawie całkowicie utraciła wzrok i choćby chciała - przepisem podeprzeć się nie może. Ja, nawet robiąc coś codziennie, zaglądam do receptury i upewniam się czy jest dokładnie wszystko to co sobie kiedyś napisałam. Lubię sprawdzać kolorowe dopiski przy przepisach, które bazgrolę w trakcie ich wykonywania, po to aby nie popełnić kolejny raz jakiegoś błędu, albo po prostu - usprawnić sobie pracę.
Inne, nie ciastowe dania, są oczywiście mniej wymagające i większość znam na tyle że nie potrzebuję notatek.
Niemniej z zamkniętymi oczami nie chciałabym ich musieć robić.
Inne, nie ciastowe dania, są oczywiście mniej wymagające i większość znam na tyle że nie potrzebuję notatek.
Niemniej z zamkniętymi oczami nie chciałabym ich musieć robić.
czwartek, 2 grudnia 2010
Dzień 7 - coś, co wszyscy wydają się lubić.
Czy jest coś co wszyscy wydają się lubić?
Po ostatnich przekomarzankach na blogu Kulki dochodzę do wniosku, że jednak nie... :).
Niemniej zabawa to zabawa. Stawiam wobec tego na ..... jajecznicę :)))))
Każdy ma własny, ulubiony sposób jej przyrządzania. Dla jednych dozwolona jest wyłącznie czysta - podsmażona na masełku; inni nie wyobrażają jej sobie bez pomidora, szynki czy cebulki. Dziwactwa jajecznicowe wydają się nie mieć końca - w Toskanii jadają ją nawet z truflami...
Ulubiona jajecznica Juleczki.
1 jajko klasy "0"
1/3 świeżej kajzerki (lub pół kromki świeżego chleba na zakwasie okrojonej ze skórki)
łyżka masła
Jajko rozbijamy do miseczki, usuwamy chalazy starając się przy tym nie uszkodzić osłonki żółtka.
Bułeczkę lub chleb kroimy w najdrobniejszą z możliwych kosteczek.
Na patelni roztapiamy masło. Gaz nie powinien być duży. Wrzucamy na patelnie rozbite jajko od razu posypując je solą i pieprzem. Drewnianą łyżką mieszamy tylko białko - po 5 sekundach dokładamy bułeczkę/chleb, mieszamy intensywnie z białkiem, po chwili również z żółtkiem. Smażymy do lekkiego ścięcia składników. Pieczywo dzięki takiemu zabiegowi staje się idealnie miękkie, a jajecznica nabiera delikatnego słodkawego posmaku.
Etykiety:
Smaki dzieciństwa
środa, 1 grudnia 2010
Smak, który przenosi mnie w inne miejsce
Tak oto doczekałam dnia 6 blogowej zabawy.
Przyszedł grudzień i zrobiło się wyjątkowo biało i mroźnie. I pięknie.
I to na tyle zachwytu. W sklepach świąteczny nastrój panował już od początku listopada, ale dopiero teraz ludzkość ogarnął przedświąteczny szał zakupowy. Tych ludzi jest pełno wszędzie i o każdej porze. Pojechałam z Julą do supermarketu dziś o 10 rano. Niby środa, niby normalny dzień pracujący, a do Świąt ponad 3 tygodnie. I co?! Masakra.
Ale miało być o smakach przenoszących w inne miejsce... No niech będzie... opowieść wniesie spokój i nostalgię i obrazy przeszłości, które są już tylko w mojej pamięci. Dawno też nie ma miejsc, z którymi je kojarzę....
Jest słoneczne lato. Upał łagodzi wznoszący sie za domem las, lekki wiaterek kołysze złociste kłosy zboża przy domku babci. Kury gdakają, chodząc po całym podwórku. Dziadek nie raz będzie się na mnie złościł że uczę je latać, spuszczając z malutkiej wisienki rosnącej przy domu. Te kury i pies Pimpek są moimi towarzyszami w jedzeniowej niedoli: nielubiany obiad wynoszę na dwór, siadam na studni i raczę nim zbiegające się ptactwo i pokracznego brązowo-złocistego kundelka który tak, jestem tego pewna - uśmiecha się do mnie szelmowsko. Pewnego dnia babcia odkryje mój sposób na pozbycie się obiadu, ale do tego czasu jestem królową podwórkowej zgrai, łakomie pochłaniającej rzucane im kąski.
Jest jednak jedna potrawa dla której przybiegam do kuchni z najdalszego końca ogrodu - to mace pieczone przez babcię, przy okazji wyrobu domowego makaronu. Cieniutkie paski rozwałkowanego ciasta babcia układa na palenisku pieca, wiedząc że będę się nimi zajadać. Parzę palce trzymając domową macę i łapczywie sięgając po następny kawałek.
Dalej jest już tylko smutno - ciocia Basia, czyli córka babci - stawiając na nowoczesność wraz z wybudowaniem łazienki z kawałka stajni, wprowadzi także zmianę w kuchni. Zamiast pięknego poniemieckiego pieca postawi kuchenkę gazową.
Cóż, .... z czasem wszystko się kończy, wszystko ma swój kres. Moje wspomnienia o babci, o macy i tamtych upalnych. letnich dniach też kiedyś przykryje pył zapomnienia...
Przyszedł grudzień i zrobiło się wyjątkowo biało i mroźnie. I pięknie.
I to na tyle zachwytu. W sklepach świąteczny nastrój panował już od początku listopada, ale dopiero teraz ludzkość ogarnął przedświąteczny szał zakupowy. Tych ludzi jest pełno wszędzie i o każdej porze. Pojechałam z Julą do supermarketu dziś o 10 rano. Niby środa, niby normalny dzień pracujący, a do Świąt ponad 3 tygodnie. I co?! Masakra.
Ale miało być o smakach przenoszących w inne miejsce... No niech będzie... opowieść wniesie spokój i nostalgię i obrazy przeszłości, które są już tylko w mojej pamięci. Dawno też nie ma miejsc, z którymi je kojarzę....
Jest słoneczne lato. Upał łagodzi wznoszący sie za domem las, lekki wiaterek kołysze złociste kłosy zboża przy domku babci. Kury gdakają, chodząc po całym podwórku. Dziadek nie raz będzie się na mnie złościł że uczę je latać, spuszczając z malutkiej wisienki rosnącej przy domu. Te kury i pies Pimpek są moimi towarzyszami w jedzeniowej niedoli: nielubiany obiad wynoszę na dwór, siadam na studni i raczę nim zbiegające się ptactwo i pokracznego brązowo-złocistego kundelka który tak, jestem tego pewna - uśmiecha się do mnie szelmowsko. Pewnego dnia babcia odkryje mój sposób na pozbycie się obiadu, ale do tego czasu jestem królową podwórkowej zgrai, łakomie pochłaniającej rzucane im kąski.
Jest jednak jedna potrawa dla której przybiegam do kuchni z najdalszego końca ogrodu - to mace pieczone przez babcię, przy okazji wyrobu domowego makaronu. Cieniutkie paski rozwałkowanego ciasta babcia układa na palenisku pieca, wiedząc że będę się nimi zajadać. Parzę palce trzymając domową macę i łapczywie sięgając po następny kawałek.
Dalej jest już tylko smutno - ciocia Basia, czyli córka babci - stawiając na nowoczesność wraz z wybudowaniem łazienki z kawałka stajni, wprowadzi także zmianę w kuchni. Zamiast pięknego poniemieckiego pieca postawi kuchenkę gazową.
Cóż, .... z czasem wszystko się kończy, wszystko ma swój kres. Moje wspomnienia o babci, o macy i tamtych upalnych. letnich dniach też kiedyś przykryje pył zapomnienia...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















