poniedziałek, 29 września 2014

Kaszanka z grilla

Sezon na grillowanie z tą ostatnią niedziela września zakończy się definitywnie. Lato roku pańskiego 2014 rozpieszczalo nas niewątpliwie. Nie pamiętam bowiem tak słonecznego, ciepłego i urokliwego jej końca. Praktycznie wszystkie weekendy były cudownie pogodne, poczynając od 6 września i wesela w rodzinie z nocą tak ciepłą ze można było łapać oddech nie zabierając okrycia. No i ostatni weekend - z berlińskim maratonem,  który jak wisienka na torcie jest dla nas zwieńczeniem wakacji. Jedząc w sobotę berliński specjał czyli kiełbaski z curry w sosie z pomidorów zatęskniłam nagle za polską kiszonką, którą w leniwy sierpniowy weekend przyrządzil zaprzyjaźniony góral Tosiek. Kaszanka była nieziemsko pyszna, grillowania z kiszoną kapustą i boczkiem. Przepis miałam już okazję wypróbować, bo wrześniowe weekendy na prawdę nas rozpieszczaly.

I jak zawsze u mnie - przepis jest wyjątkowo prosty-
wystarczy kupić dobrą kaszanke, kiszoną kapustę cukrową cebulę i odrobinę boczku.

Kaszanka z grilla a la Tosiek

Kapustę poszatkuj dopraw odrobinę cukrem pieprzem i oliwą. Dodaj do niej cebulę cukrową pokrojoną w drobną kostkę. Wymieszaj.
Kaszanke obierz z flaka. Boczek najlepiej kupić pokrojony.
Z folii aluminiowej zrób kieszonki do których włóż po 1 kaszance odrobinie kapusty i jeden plaster boczku. Zawin dokładnie i połóż na grill. Czas pieczenia to około 15-20 minut. Uwaga po zdjęciu z grilla bardzo gorące.

czwartek, 11 września 2014

Kuchnia – serce domu




Trzeba o zagrożeniach wolności mówić z całą mocą, używając klarownego, jasnego języka.
B. Komorowski

Moje „kuchenne” przemyślenia to skutek porannej prasy, w której natrafiłam na fragmenty przemówienia Prezydenta Komorowskiego, wygłoszone wczoraj  (10 września 2014)  w Bundestagu z okazji 75 rocznicy wybuchu II wojny światowej.
Jak się ma kuchnia  i kulinarny blog do przemówienia prezydenta Komorowskiego ktoś zapyta?
Ano całkiem blisko. Ale może po kolei…

Prezydent wspomina w wystąpieniu, że urodził się w domu który opuściła wcześniej niemiecka rodzina. Że bawił się zabawkami ’jakiś’ niemieckich dzieci, a owa nieznana mu niemiecka rodzina doświadczyła krzywd związanych z wygnaniem podobnych do krzywd wyrządzonych Polakom wypędzanym z byłych terenów wschodnich przedwojennej Rzeczpospolitej.

Słowa te odblokowały w mojej pamięci obrazy zapomniane. Obrazy dzieciństwa spędzanego u babci, która także mieszkała w domu opuszczonym przez, uciekających po wojnie z Polski, Niemców. Pamiętam doskonale tamtą niemiecką kuchnię, którą chyba do dziś stawiam sobie za ideał.
Była tam i zabudowa na wymiar i piękne biało-czarne kafle na podłogach i wielki stół na środku kuchni.  Nieznany mi niemiecki architekt dostrzegł potrzebę posiadania w domu spiżarni! Wow!
Wchodziło się do niej wprost z kuchni, nie było tam okien i wiało lekkim chłodem – bo pomieszczenie nie było ogrzewane. Pamiętam pozostawione  wraz z mieszkaniem kuchenne gadżety, którymi jako dziecko socjalizmu się zachwycałam. Przedmioty dziś tak popularne, że niemal ich nie dostrzegamy jak chociażby krajalnica do jajek, wkładka do gotowania na parze, czy piękna klepsydra w drewnianej oprawie do odmierzania czasu gotowania, w której różowy piasek przesypywał się leniwie z jednej części do drugiej.

Pamięć o tym, mieszkała w jakimś zakamarku mojego mózgu i nagle dzisiaj, z wyrazistością przeogromną, zostaje przywołana.

A moje serce domu? Ostatnio jest  nieco zaniedbane - o tym może przekonaliście się sami,  bo na blogu nie pojawia się zbyt  wiele wpisów. O remoncie kuchni myślę już od jakiegoś czasu. Intensywnie przeglądając magazyny wnętrzarskie, słuchając znajomych (dziękuję matce-wariatce za namiar ) , którzy remont lub nową kuchnie mają za sobą.  I marzę o paru udogodnieniach, których nijak nie jestem w stanie zrealizować.  Jak chociażby ta niemiecka spiżarnia z domu mojej babci.


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Albania

Mieliśmy na nią 'chęć' już 2 lata temu. Jednak niezbyt uważnie przyłożyłam się do lektury, a w głowie tkwił zakotwiczony stereotyp, że niebezpiecznie. W tym roku lekturę odrobiłam, a po długich naradach wyznaczyliśmy trasę przejazdu i 'bezpieczne' miejsce docelowe, bo jak pamiętacie podróżuję z trójką dzieci ( 2-ka nastolatków i pięciolatka). No i Albanią się zachwyciłam. Jest wymarzona, ale jeszcze tylko przez chwilę. Zanim zbudują kolejne apartamentowce i hotele przy plażach. Tak naprawdę,  to chyba ostatni moment by odkryć Albanię, przed najazdem setek tysięcy turystów. Co zachwyciło? Pogoda ludzi. Piękno krajobrazu. Wjeżdżając od strony Macedonii ujrzeliśmy masywne szczyty gór, które przecinała kolej rodem z Dzikiego Zachodu, tyle że w ruinie, rdzewiejąca, nieużywana. Gdyby tak można  przywrócić jej życie ...

Były też bunkry, przypominające o - nie tak przecież odległej -  historii kraju. Ciekawe jak ludzie potrafią adaptować się do zmieniających się warunków życia - bunkry gdzieniegdzie zamieniono na małe składy wina lub przydomowe komórki, obwieszając je kwietnikami i malując w wesołe kolory. Niektóre pozostawiono własnemu losowi. I właśnie ta milcząca groza, obracających się w ruinę bunkrów, wisiała gdzieś na obrzeżu mojej świadomości.

Jadąc na nasze albańskie wakacje wybraliśmy z premedytacją Adriatyk, po drodze zatrzymaliśmy się nad przepięknym Jeziorem Ochrydzkim, po jego macedońskiej stronie. O samej Macedonii, której nie sposób pominąć, napiszę w następnych odsłonach.

Podróż minęła nam bez większych niespodzianek, choć przyznać muszę, że nie do końca pojęłam "albański styl jazdy samochodem". Poruszaliśmy się po głównych drogach, przecinając Podgradec ,Elbasan, Tiranę aż po Shkodër. Udało się nam przejechać nowo otwartym kawałkiem autostrady do Tirany (słowo udało się użyłam z premedytacją). W pewnym momencie, bez żadnego ostrzeżenia, owa autostrada zakręca pod kątem 90 stopni, co przy prędkości 120 km/h stanowi pewne wyzwanie. Po drogach porusza się wciąż dużo starych mercedesów, ale spotkałam też bardziej wypasione audi i bmw niż bywają na warszawskich Kabatach.

O! ciekawe dla kierowcy doświadczenie zdobyć można w większych miastach, gdzie występują tzw. ronda. Ruch, wbrew pozorom, nie odbywa się zgodnie z kierunkiem ustalonym w innych krajach europejskich, a jest wynikiem całkowitej przypadkowości. Jeśli albański kierowca uzna np. że łatwiej, szybciej itp. pokona rondo 'pod prąd', to oczywiście tak robi. Na rondzie/ skrzyżowaniu świetnie się plotkuje (np. w kilkuosobowych grupach pieszych), albo plotkuje się z kierowcą zatrzymując cały ruch na ulicy, rowerzyści jadą z uśmiechem również pod prąd, uliczka ze znakiem 'zakaz wjazdu' nie stanowi żadnej przeszkody, a piesi przechodzą przez rondo i ulice w najdogodniejszym dla siebie miejscu.

Są też bardzo intersujące pojazdy przypominające skrzyżowanie roweru z przyczepką, jednak napędzane jak motorynka -silnikiem. Jedzie potem takie "cuś" np. po autostradzie w przyczepce przewożąc żonę, dzieciaki :)





Są też wszechobecne krowy, które spacerują po drogach bez dozoru kogokolwiek. O krowach informują nas odpowiednie znaki drogowe, więc niby czemu mielibyśmy się dziwić? :)
 


Czego w Albanii nie należy robić? Zdecydowanie zbaczać z dróg krajowych jeśli posiada się zwykły samochód, a nie z napędem 4x4. Asfalt kończy się po 100 metrach, potem dziury, kamienie, niby nic szczególnego, a potem... Nam przytrafiła się droga wiodąca przez środek cmentarza. Serio!

Lavazh.

Jedyne albańskie słowo, które zapamiętałam. Lavazh to sposób na życie, na drobny biznes, na wszechogarniająca nudę. Ręczne myjnie samochodowe z niewielkim karcherem. Często pod napisem LAVAZH stoi wyłącznie rozpadające się krzesło i ten karcher. Niekiedy stoją 10-letni chłopcy, niekiedy dorośli faceci. Ale bywają też wypasione Lavazh extra ;) Nieomieszkaliśmy rzecz jasna, z takiej myjni skorzystać. Stacje benzynowe również miały bardzo ciekawy klimat :)




A plaża? Tak, dotarliśmy szczęśliwie w tej mojej opowieści do plaży. Nie potrafię znaleźć choćby jednego minusa, którym mogłabym wypoczynek nad Adriatykiem obciążyć. Piękna, piaszczysta, bez tłumów. Do tego z toaletą, barem, prysznicami.




  

Jeśli jednak ktoś nie ma ochoty płacić za leżak, rozkłada się tuz obok. Piasku jest dużo, wystarczy dla wszystkich.


Szłam kawałek dalej i trafiałam na pasące się krowy, wysypisko śmieci - co dziwne bez karaluchów, śmierdzących fetorów, czegokolwiek co mogłoby odstraszać. To co napisałam, to nie zarzut, po prostu fakt, który przyjmowałam równie łatwo jak to że, po niebie płyną kłębiaste chmury, a woda w morzu jest ciepła.
 




Dla porównania na pięknej gdyńskiej plaży, którą odwiedziłam miesiąc później przy okazji Herbalife Triathlonu gdzie startował mąż, pasek upstrzony był petami po slimach, kapslami od piwa, kawałkami rozbitego szkła. Polska Tragedia, przez wielkie T.

I kontrast -  Albania; tam piasek na zagospodarowanej plaży jest codziennie sprzątany. W zasadzie, można byłoby na upartego, przyczepić do wyłącznie jego temperatury, gdyż bez klapek nie dało się dobiec z leżaka do brzegu. :)



Czymże byłby wpis do bloga, jeśli pominęłabym jedzenie? Zdecydowanie zostałam fanka burka (burku?) ze szpinakiem.



niedziela, 11 maja 2014

Włoska niedziela

Miałam szczęście, że czas temu mąż zabrał mnie do Włoch. Konkretnie do Rzymu. Tam poznałam smak prawdziwego espresso, cappuccino, pizzy na cieniutkim cieście, karczochów,  kwiatów cukinii, świeżutkiej mozzarelli,  wyjątkowego prosciutto, oliwek, trufli, wreszcie pysznej oliwy, która jak wisienka na torcie zwieńcza i nadaj ostateczny ton wielu potrawom. Chłonęłam całą sobą atmosferę leniwego przedpołudnia we włoskiej kawiarni, zapach starych kościołów, które zwiedzałam, ciepło promieni słonecznych wśród murów Collosseum, Forum Romanum, urok żydowskiej dzielnicy ... gołębie, obrazy na ulicy, na mostach, ludzie, anioły, relikwie, żar wiary  i to wszystko tak namacalne i zarazem nienamacalne, że wydawało się nierzeczywiste. Do Rzymu wracam. Nadzwyczaj chętnie. Przesiaduję w przygodnej lub w ulubionej kawiarni, zwiedzam nieznane i znane, jem albo raczej próbuję  zachłystując się nieznanym, poznaję. Tym Tam jestem - odczuciem.

 La Dolce Vita.
 No a w domu, w domu - w niektóre niedzielne popołudnia  dzieci proszą, abym zrobiła  pizzę. Błądzę wówczas myślami gdzieś ponad Warszawą, zaglądając w ulubione rzymskie zakamarki mej pamięci.

Bo ciasto na pizzę opanowane mam do perfekcji. Właściwie robię je z zamkniętymi oczami, eksperymentując jedynie z coraz cieńszym jego rozwałkowywaniem. I muszę przyznać, że efekt końcowy jest jak najbardziej ok. Wczoraj wpadła mi do rąk (przeceniona w Carrefourze) książką Maxine Clark z pięknymi ilustracjami włoskich potraw. Tych najprostszych, bez żadnych udziwnień. Podane przepisy są równie podstawowe co potrawy i do tego zilustrowane krok po kroku. Zachęcam więc do lektury bardzo ciepło.

Na pierwszy ogień idzie więc dzisiaj, z okazji robionej pizzy- przyznaję pomijany przeze mnie odrobinę - sos do pizzy.
Nie wiem czy jest jednym z kluczowych składników pizzy, ale na pewno niezbędnym. Szczególny słodki smak nada mu długie wysmażanie pomidorów - najlepiej oczywiście sezonowych. Z braku sezonu - sięgam do pomidorów kupnych, zamkniętych w puszkach.

Pyszny sos do pizzy:

1  puszka pomidorów
1-2 ząbki czosnku
szczypta soli, cukru
oliwa z oliwek


Oliwę podgrzać na patelni, prawie do dymienia, wrzucić pomidory (ja przyznaję ułatwiam sobie proceder miksując zawartość puszki przed wrzuceniem na patelnię).  Efekt będzie niezwykle gwałtowny - część soków pięknie skarmelizuje, reszta ma się gotować na dużym ogniu jakieś 5 minut. Nic nie dodawać! Pomidory zazwyczaj opryskują całą kuchnię,  ale warto pomęczyć się z myciem kuchenki dla owego słodkawego smaku sosu.
Po 5 minutach dołożyć cukier i czosnek - u mnie przeciśnięty przez praskę. Dalej smażyć jakieś  5 minut lub do momentu, aż sos nabierze gęstego wyglądu. Wtedy zakręcam gaz i dodaję szczyptę soli. 
Sos przecieram przez sitko do mniejszego półmiska.




 Później rozprowadzam na rozwałkowanym cieście do pizzy.